Witam
Musiałem napisać na lekcję polskiego reportaż. Tak się złożyło, że miałem wyjątkowo nudną niedzielę więc postanowiłem napisać go „fajnie”, nie trzymając się żadnych instrukcji. Myślę że ciekawie mi to wyszło.
Poniedziałek. Koniec trzeciej lekcji. Wychodzę z klasy, chcę przedostać się w okolice świetlicy. Nie jest to jednak takie proste, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Na korytarze już wytoczyła się harda przeróżnych stworzeń. Po ostrej walce plecakiem oraz barkiem, udaje mi się dostać do szatni. Jednak nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Wiem, że tam za mną zostało wiele ciężko rannych osób. Zostali ranni w starciu z plecakami osób, które zmierzają na zupy lub papierosa. Plecak to taka szkolna kosa- świetna broń w walce z tłumem.
Koło schodów mijam grupkę nauczycieli, on są najgorsi. Po wielu latach ciężkich studiów przychodzą do szkoły, gdzie dotyka ich szara rzeczywistość. Leniwa, bezczelna młodzież oraz płace z których nawet ludzie z „niepełnym podstawowym” się śmieją. To może tłumaczyć ich frustrację. Zmierzają szybko do jedynego, bezpiecznego dla nich miejsca- pokoju nauczycielskiego. Wspomniałem już, że oni są najgroźniejsi, nie chodzi jednak o cios fizyczny, bo po wielu latach spędzonych nad książkami, ich mięśnie są w fazie całkowitego zaniku. Taki belfer każde swoje życiowe niepowodzenie może przelać na ucznia. Zazwyczaj wyciągają broń tępą, czyli kartkówki. Czasami jednak przechodzą do całkowitej ofensywy, uciekają się wtedy do takich chwytów jak branie ucznia do tablicy czy organizowanie wolnej godziny lekcyjnej, zwanej przez nich sprawdzianem lub pracą klasową.
Idę dalej, obok gabinetu matematycznego wyczuwam woń fluidu. Szybko orientuję się, że to miejscowa banda wielbicielek źle dobranego makijażu, koloru różowego oraz wszystkiego ci kolorowa prasa określi mianem „cool”. Staram się ominąć tą grupę jak najszerszym łukiem, jednak mój finezyjny plan bierze w łeb. Jedna z wielbicielek fluidu wpada na mnie ze śmiechem przypominającym okrzyki godowe dzikich świń. Zadaję szybki cios plecakiem i uciekam. Zatrzymuję się nieopodal gabinetu językowego żeby zobaczyć straty, jakie poniosłem w tej nierównej walce. Ściągam sweter i widzę, że na plecach mam idealnie odbitą podobiznę tej dziewczyny. Zastanawia mnie tylko to, dlaczego na tej szminkowo-pudrowej plamie jest tyle jaśniejszych punkcików. Po krótkiej medytacji dochodzę do wniosku, że to pryszcze ukryte pod „tapetą” wywarły większy nacisk na te miejsca i dokładnie zaznaczyły swoją obecność. Cóż… idę dalej. Bez większych przeszkód udaje mi się pokonać pozostały odcinek drogi.
Wchodzę na świetlicę. W drzwiach dochodzą do mnie odgłosy mlaskania wywołane przez konsumujących uczniów. Siadam cichutko na krześle i zjadam bułkę. Wychodzę na korytarz. Na horyzoncie widzę Panią Bednarz zmierzając w stronę klasy geograficznej. Wiem już, że za moment zadzwoni dzwonek, liczę w myślach do trzech. Dźwięk dzwonka wypełnia korytarz. Czeka mnie geografia i 45 minut słuchania o tym, że jestem głupi i nic nie umiem.
Pozdrawiam, lipa
styczeń 23, 2008 at 19:32
Świetne
Normalnie jakbym czytała o swojej szkole 
Pozdro!