Witam

Ostatnio chodzą mi po głowie myśli o polskiej tolerancji. Zauważyłem dziwną mentalność, która występuje w wielu polakach. Mianowicie, wszystko co inne, nieznane, nowe musi zostać odrzucone, baaa - zniszczone. Jeżeli ktoś nie akceptuje odmienności i zostawia to dla siebie, to pół biedy. Problem zaczyna się gdy jakiś debil musi pokazać całemu światu swoją niechęć, agresję, nie spocznie do momentu, gdy jego ofiara (czytaj: niewinny człowiek, który „zawinił” jedynie tym, że jego orientacja seksualna, kolor skóry, religia i chuj wie co jeszcze, nie zgadza się z poglądami oprawcy) nie podda się. Zupełnie nie rozumiem takich ludzi. Bo czym się różni homo od hetero, murzyn od białego, żyd od katolika?? Czy przyjaciel homo jest gorszym przyjacielem niż przyjaciel hetero?? Czy to, że wybranka naszego serca ma inny kolor skóry, czy modli się do innego boga niż my, definitywnie skreśla ją z naszego umysłu?? Przecież to jest chore, tak myślało się 500 lat temu. Poza tym, widzę jakąś debilną rywalizację pomiędzy subkulturami. Młodzi ludzie, zamiast się jednoczyć, toczą jakieś idiotyczne konflikty. Ja, jestem metalem, mam przyjaciela skate. On toleruje mnie takim jakim jestem, ja akceptuje go takim jakim jest. I to jest normalna sytuacja. Gdybym posługiwał się tak ograniczonymi horyzontami jak większość tego społeczeństwa, nie znałbym zajebistego kolesia, tylko dlatego że inaczej niż ja nosi spodnie.
PS: Wpis niepełny, mógłbym napisać jeszcze kilka stron, ale po co?? Przekazałem to co chciałem. Jeżeli ktoś chce i nie jest ostatnim debilem to zrozumie o co mi chodzi. Nie piszę dla debili (właściwie to dla nikogo nie pisze…), więc wpis kończę na rozpoczęciu.
Pozdrawiam, lipa