- Biegnij! Nuże!
Smaf był przerażony zaistniałą sytuacją. Z opowieści towarzyszy wynikało, że dzisiejsza przygoda będzie czymś co mógłby z miłą twarzą wspominać przy szklaneczce rumu. Teraz jednak sprawy przybrały zupełnie inny obieg, niż miało to miejsce w jego snach. Przede wszystkim przeciwnik okazał się czymś zupełnie gorszym. Nomelif był potworem, nie potulnym barankiem któremu z uśmiechem na ustach można rozpłatać gardło – jak elf zwykł go sobie wyobrażać. Potężne, kilkunastotonowe cielsko przewalało się teraz w swojej krainie – Wielkiej Rozpadlinie. Był tu panem i władcą więc podjecie z nim walki akurat tutaj, stało na równi z atakowaniem krokodyla pod wodą. Wielkie jaskinie i rozległe góry tworzyły wyśmienite schronienie dla stworzenia o tak imponujących walorach.
-Biegnę karle, biegnę! Zamiast drzeć na mnie swoją niewyparzoną gębę lepiej mi pomóż! – Wykrztusił ostatkiem sił Dort. Jego olbrzymie susy – jak przystało na olbrzyma – pozwalały mu jedynie zachować dystans między nim a Nomelifem. Wiedział, że długo tak nie da rady. Przypadkowe potknięcie czy po prostu wyrzucie z sił i jego ścierwo skończy jako miażdżona pożywka dla sępów. Zebrał więc w sobie całą siłę i wskoczył na głaz obok trasy po której poruszał się potwór. Szybko jednak spostrzegł swój błąd. Za sobą i po prawicy miał przepaść. Po lewej stronie groźnie piętrzyły się skały. Jedyną drogą ucieczki była ścieżka obrana przez bestię. Zastygł więc bez ruchu gdy zdał sobie sprawę z beznadziejności swojego położenia. Wiedział, że nie ma najmniejszych szans w bezpośrednim starciu. Tymczasem wyrosła przed nim zielona góra mięsa. Skóra przeciwnika Dorta pokryta była śluzem, pod którym zbierał się cuchnący gaz. Tworzyły się więc na nim bąble które co chwilę wybuchały siejąc dookoła smród i lepiącą się maź. Jeden z takich pęcherzy pękł właśnie gdy wściekły potwór naprężył swe muskuły by zadać jeden, lecz zdawało się ostateczny cios. Na olbrzyma spłynęła fala odoru więc odruchowo odchylił się, co uratowało mu życie. Ogon Nomelifa spadł tuż przed nim, krusząc nieco skałę która miała stać się platformą śmierci dla Dorta. Dobył on miecz, gdyż nie chciał zginąć bez walki gdy potwór zakwilił żałośnie i rzucił się w szaleńczy bieg w kierunku z którego przed chwilą przybył.
-Witaj przyjacielu – krzyknął Ailamos opuszczając łuk –chyba nie sądziłeś, że zginiesz dziś sam? Jak mógłbyś odebrać i nam przyjemność śmierci w tak słoneczny dzień?
Oboje zaśmiali się siarczyście z ubóstwianego prze obojga czarnego żartu i przywołali swe konie. Wskoczyli na nie i pognali w pogoń za uciekinierem.
-Gdzie reszta hołoty?
- Tak śpieszno Ci było do ucieczki, że żaden z nas za tobą nie nadążył. Nie wymagaj też od krótkich nóg karłów by pędziły tak szybko jak człowiek – oboje zostali w tyle.
-Wiatr niesie skazańców. Bierz elfa. Mnie przyda się krasnolud.
-Jakiś plan?
-Szmaciarz chce zniknąć w zatoce. Nie możemy mu na to pozwolić. Gdy wniknie w głębinę, nici z naszego polowania. Przy siodle masz linę. Każesz Smafowi poprowadzić konia a sam zarzucisz pętlę na bestię. Drugi koniec sznura wezmę ja i przymocuję ją do czegoś solidnego. To może zatrzymać tego tchórza.
Smaf z niebywałą gracją wskoczył na siodło Ailamosa. Brodzie nie poszło to już tak dobrze. Olbrzymie łapska Dorta musiały wciągać go za szmaty, by nie zwalniając biegu konia pozyskać towarzysza do boju. Koń gnany przez człowieka szybko przegonił dociążonego teraz do swych granic towarzysza niedoli.
-Weź lejce i gnaj konia jak szybko tylko potrafisz, musisz się sprawdzić mój mały! – Mimo grozy sytuacji głos człowieka był ciepły. Alilamos nie stracił ułożenia nawet w tak beznadziejnych chwilach.
-Nie bój się, elfy to najznakomitsi dżokeje. Zrobię co tylko w mojej mocy by ci to dziś udowodnić.
Łucznik zawiązał solidną pętlę, a drugi koniec liny puścił luźno po ziemi. Dopadli do niego Dort z Brodą. Znalezienie odpowiedniego punktu zaczepienie w Wielkiej Rozpadlinie nie było łatwym zadaniem. Wszystko w koło pokrywał piasek, a jedynym umeblowaniem były głazy i nikłe krzewy. Sprzymierzeńcy uwiązali linę do wielkiego skalnego ostańca. Tymczasem Smaf sprawnie prowadził konia. Zbliżyli się już na tyle do Nomelifa, że Ailamos bez problemu zarzucił mu pętlę na szyję. Odpiął resztę wolnych zwoi liny od siodła i kazał skierować konia jak najdalej od bestii. Lina szybko skończyła się i pod naporem ciężaru zagrała jak struna elfowej harfy. Wydała z siebie kilka nut po czym zakończyła koncert. Nie za sprawą znużenia czy braku sił. Po prostu zwierzęciu udało się udźwignąć skałę i pociągnąć ją za sobą. Przebył jeszcze kilka metrów z balastem i runął na bok. Broda już szykował topór by wbić go w łeb ofiary, kiedy ta podniosła się i znowu rozpoczęła szarżę na swych oprawców. Jakby na złość ponownie obrała sobie za cel Dorta. Ten jednak wiedział, że teraz to on rozdaje karty. Stanął wprost na drodze Nomelifa i dobył miecz. Gdy jego ofiara była dostatecznie blisko, cisnął go ile tylko sił w dłoniach. Błyszczące ostrze utkwiło wprost między paskudnymi ślepiami bestii. Zatoczyła ona jeszcze kilka kroków i runęła na ziemię. Miecz zaklinował się pomiędzy skały przez co głownia wsunęła się w mózg poczwary po samą rękojeść i trzasnął okrutnie. Rozwścieczony broda wbił swój topór w szyję ścierwa. Trysnęła na niego czarna krew lecz nie przejął się tym zbytnio. Każdy z jego towarzyszy zbroczony był krwią, czy to swoją czy to trupa nad którym się teraz zebrali.
-Przecież on nic nam nie zrobił – uronił łezkę Smaf…