listopad 2009


Na chwałę nerwów mojego brata

Trzy poskręcane brzozy
płaczą z zimna
już wszystkie liście wypłakały,
dąb, jak to na boga przystało
walczy
jednak powoli przegrywa
wykrwawia resztki radości.
Tak oto nieubłaganie
odchodzi listopad
z nim resztki zieleni
jedynie słońce
cichy bohater
będzie rozśmiewać
zimową herbatę.

Czarny jeździec na krawędzi.

Z lewej wielki dół. Czarne skały, opuszczone jaskółcze gniazda. W dole nieprzyjemna, sina kraina. Martwy las, martwe zwierzęta. Obłąkańcy. Spiczaste sosny kłujące niebo. Niebo czarne i nieprzyjemne, z gromami i słońcem wyglądającym zza chmur. Upadek tu to pewna śmierć. Jedna z sosen zrobi sobie chwilę przerwy i zamiast nieba rozpłata kołtun jeźdźca.

Z prawej przyjemniej. Zbocze strome, a i wysokość nie mniejsza. Jednak w dole skrzy rzeka, kwiat się jakiś znajdzie. Sarna, zając, storczyk. Przyjemni ludzie, ptaki. Słońce i blade chmury. Ale wiecie co? Tutaj jeździec też zginie. Skręci kark spadając z wysokości czy też się utopi, czy to ważne? Zginie!

Zawrócić nie da rady. Koń nie podoła. Pozostaje droga w przód. Tam wibruje takie przyjemne światełko. Jest tak daleko. Tak przeraźliwie daleko. Droga wąska, wyboista. Zbocza ponadrywane, niebezpieczne. Lecz co mu szkodzi. Zostanie tutaj – śmierć z głodu. Zawaha się choć na moment – sami wiecie. Dojdzie do światełka i napotka…

Dziś o hipokryzji pewnych ludzi.
W Polsce właściwie od zawsze panowała nagonka na ludzi jedzących mięso psów. Było to wyśmiewane (nalewka z kota) i traktowane na setki innych sposobów, zawsze z nutą zakłamania. Jednak akcja Powstrzymaj Zabijanie Psów mnie zwyczajnie zirytowała. Obecnie, czyli w chwili pisania tego postu, pod petycją wyrażającą poparcie dla międzynarodowej nagonki na takie odżywianie się podpisało się 295 553.
Fajnie sobie wypunktowali “podpisz się, a zaakceptujesz to:”. No więc do dzieła!

Torturowanie zwierząt powinno być nielegalne w każdej formie i we wszystkich krajach.
Zgadzam się w zupełności. Zwierzęta mają być wolne i mają żyć zgodnie z naturą. Wielkie fermy i wybiegi wielkości kartki papieru to też torturowanie.

Rząd Korei Południowej musi zapewnić przestrzeganie Praw Ochrony Zwierząt w swoim kraju.
Chwila, chwila. Rząd Korei Południowej nic nie musi. Jest po państwo suwerenne i wara od ich prawa. W porządku?

Psy są kompanami i pomocnikami ludzi, nie trzodą chlewną.
Jasne. Są kompanami. Kiedyś były dzikie i wolne. Teraz potulnie łaszą się do nogi. Już nie zagryzają nas tylko zagryzają naszych wrogów. Stały się niewolnikami. Oczywiste jest, że niewolnik nie zasługuje na zjedzenie. Co nam dała taka świnia? Śpi tylko i je, ciągle je. Je! Jest gruba, tłuściutka. My lubimy tłuściutkie świnki… zabijać.

Psie farmy, hodowla psów z przeznaczeniem do spożycia i zabijanie ich dla mięsa musi zostać zdelegalizowane.
Tylko dlaczego? Istnieją fermy kurze. Wielkie hodowle krów, świń, kóz i innej maści zwierząt z pysznym mięskiem. Hodujemy zwierzęta na futra, do eksperymentów. Jednak hodowle psów na ubój są niemoralne – zdecydowanie.

Sprzedaż psiego mięsa w restauracjach musi zostać zakazana.
Ta. W końcu jesteśmy już jedną, wielką globalną wioską. Możemy rozkazać ludziom z drugiego końca świata, co mają jeść. Bo my wiemy lepiej!

Teraz do rzeczy. W lodówce przytłaczającej większości osób podpisujących tą petycję leżały kiełbaski, paszteciki, wątróbki, szyneczki. Te wygodne konserwy. No i nie zapominajmy o rybce w zamrażalniku. Rybka jest zdrowa, rybkę trzeba jeść.
Hipokryzja aż bije. Śmierć kilku psów przewyższa śmierć niebagatelnie większej ilości innych stworzeń które zjadamy na co dzień? To jest śmieszne. Jak chcecie naprawiać świat to zacznijcie od siebie.
Nie. Nie jestem wegetarianinem.
Dziękuję.

Najważniejsze to mieć dla kogo pisać. Wiedzieć, że to co tworzymy może wywołać uśmiech na twarzy naszej muzy. Pisać i oddać całego siebie, właśnie dla tego jednego uśmieszku.
Z dedykacją dla mej muzy, bez której nic ambitnego by spod mych rąk nie wyszło.
Dziękuję Ci Maleństwo.

„Węzełki, supełki, pętelki, kokardki… Dlaczego nie dajecie mi spokoju”. Ala nie mogła wytrzymać. Wiedziała, że poranne planowanie dnia nie jest dobrym pomysłem ale jednak zrobiła to. Zaplanowała sobie naukę wiązania butów. Wydać się wam to może nieco śmieszne, jednak nie zapominajmy, że nasza mała bohaterka ma dopiero 4 latka. Męczyła ją ta myśl cały dzień a pora leżakowania była wręcz koszmarem. Kręciła się i przeszkadzała wszystkim wkoło toteż nawet Pani Agata ją upomniała. Ala była przeszczęśliwa gdy zobaczyła mamę stojącą w drzwiach przedszkola. Wiedziała, że jeszcze chwila, jeszcze moment i odda się upragnionemu zajęciu. W domu zjadła obiad, choć wcale nie miała na niego ochoty – ach ci nadopiekuńczy rodzice, oni nigdy nic nie rozumieją! Musiała namalować rysunek na konkurs, jednak nie stanowiło to dla niej problemu. Ala była bardzo uzdolniona. Wyjęła swój piórniczek i rozłożyła wszystkie kredki na stole, starannie sprawdzając czy każda z nich jest odpowiednio zatemperowana. Czerwona była nieco za mocno przycięta, więc należało ją rozpisać na brzegu kartki. Namalowanie prześlicznego łabędzia skubiącego kawałki chleba z sitowia, zajęło jej tyle co mrugnięcie okiem. I trzeba przyznać, że naprawdę się postarała. Może ten dziób mógłby być nieco dłuższy, a i fioletowe pierze niezbyt pasuje do łabędzia, no ale darujmy sobie szczegóły. Ostatnie pociągnięcie kredki było momentem na który czekała cały dzień…

Aż dreszcz przeszedł ją po plecach na samą myśl o tym co nastąpi za chwilę. Drżącymi rękoma wyjęła z szafki swoje nowe trampki z fantazyjnymi zielonymi sznurowadłami. Poprosiła mamę by zawiązała na prawym bucie kokardkę a na lewym postanowiła ćwiczyć. Szło jej to dosyć topornie. Podglądając dzieło mamy co chwila je psuła i musiała prosić czy to rodziców, czy to swojego brata Kubę o nową pętelkę. Ala postawiła przed sobą spore wyzwanie – wiązanie butów nie jest taką prostą sprawą dla malutkich i niewprawionych palców. Dodatkowo chciała być tak samo dobra jak Kuba, który niezwykle zwinnie wywijał słoneczne kokardy. I wreszcie się udało! Gdy tata przyszedł po Alę, by zaprosić ją na kolację ta z dumą pokazała mu nową sprawność. Uśmiechnął się serdecznie i pogładził małą po głowie. Nie musiał nic mówić, Ala wiedziała, że jest z niej dumny. Jednak to nie na jego uznanie liczyła.

W przedszkolu pracowała Pani Agata – uwielbiana przez dzieci starsza pani. Często siadała po turecku na podłodze, opierając plecy o ścianę a dzieci gromadziły się obok niej, tworząc zwarte półkole. Opowiadała wtedy szalone historie ze swojego życia czy też zmyślone bajki które przenosiły każdego malucha do innego świata. Była mistrzynią w wymyślaniu historyjek na zawołanie. Gdy jakieś dziecko było smutne, opiekunka wyciągała z niego przyczynę smutnej buzi poczym opowiadała jakąś historię o dziecku z podobnym problemem. Te historie zawsze miały dobre zakończenie i masą zabawnych wątków. Wierzcie mi – poprawiły by nastrój nawet dorosłemu. Dzięki temu Pani Agata zasłużyła sobie u dzieci na przydomek „Babcia”, który był z lubością wykrzykiwany przez każdego malca wchodzącego rano na salę.
Ali bardzo zależało na pochwale od Babci. Więc następnego dnia, gdy wychodziła z przedszkola z dumą oznajmiła „Dziękuję Babci, ja sama” po czym wykręciła wspaniałą kokardę. Pani Agata jednak zrobiła coś czego Ala nie przewidziała. Zamiast ją przytulić i pochwalić ze śmiechem na ustach, odparła po prostu „Brawo” i odeszła nawet się nie uśmiechając. Nie osądzajcie jej zbyt pochopnie. Wyobraźcie sobie całą szatnię przedszkolaków i jedną opiekunkę która musi każdemu zawiązać buciki i poprawić czapkę. Babcia była po prostu zbyt zajęta by docenić dokonania naszej bohaterki. Ala wyszła bardzo przygnębiona. Na dodatek mama nie mogła jej dziś odebrać więc musiała wracać do domu sama. Wtuliła nos w kołnierz – „jak dobrze, że przynajmniej mam na sobie Kuby kurtkę” – pomyślała. Ala lubiła wykradać rzeczy brata. Choć były na nią za duże, czuła się w nich bezpiecznie. Czuła zapach Kuby i to dodawało jej zawsze otuchy i wiedziała, że nic jej nie grozi.

Wsadziła ręce do kieszeni spodni i zaczęła bawić się w „nie stanę na pękniętej płytce” by jakoś odegnać złe myśli o dzisiejszym niepowodzeniu. Niespodziewanie zauważyła, że między palcami ciągle przelewa jej się jakiś zimny przedmiot. Wyczuła, że ma poszarpane brzegi i coś nadrukowane z obu stron. Wyciągnęła to „coś”. Na maleńkiej dłoni lśniła brązowo-złota moneta. Z jednej strony widniała ładnie ozdobiona cyfra dwa, z drugiej natomiast uśmiechały się do niej łany zboża i jakiś mały kwiatek. „Taaak. Przecież w sobotę byłam u Dziadzia na cieście. Jak mogłam zapomnieć o tym pieniążku. Najwidoczniej mama oszczędziła kieszenie podczas prania. Ale fajnie!” – pomyślała Ala i uśmiechnęła się do siebie. Wstąpiła do najbliższego sklepu i kupiła sobie wielkie ciastko. W zasadzie to nie było ono wielkie, ale w zestawieniu z takim szkrabem wszystko wydaje się monstrualne – i to ciastko właśnie takie było. Z trudem mieściło się jej w dłoni. Do tego miła pani wsypała jej do rączki kilka małych monet – w sam raz do zabawy. Usiadła na krawężniku przed sklepem, nie zważając na dziwne spojrzenia ludzi. Pierwszy kęs ciastka był przeniesieniem do raju. Krucha czekolada strzelała pod zębami i uwalniała ukrytą pod spodem bitą śmietanę. Ala najpierw zjadła całą czekoladę i dokładnie wylizała wafelek z bitej śmietany – która utworzyła wokół jej ust słodki pierścień, który można było sięgać językiem przez całą drogę do domu. Wafelek łamała w rękach i wsadzała do ust małe kawałki – wtedy smakował najlepiej. I nawet wieczorem – gdy już smacznie leżała w łóżeczku a oczy powoli zaklejał słodki sen – wciąż czuła ten wspaniały smak. I mimowolnie sięgała językiem po resztki słodyczy ukryte na jej malutkiej twarzy.