Najważniejsze to mieć dla kogo pisać. Wiedzieć, że to co tworzymy może wywołać uśmiech na twarzy naszej muzy. Pisać i oddać całego siebie, właśnie dla tego jednego uśmieszku.
Z dedykacją dla mej muzy, bez której nic ambitnego by spod mych rąk nie wyszło.
Dziękuję Ci Maleństwo.
„Węzełki, supełki, pętelki, kokardki… Dlaczego nie dajecie mi spokoju”. Ala nie mogła wytrzymać. Wiedziała, że poranne planowanie dnia nie jest dobrym pomysłem ale jednak zrobiła to. Zaplanowała sobie naukę wiązania butów. Wydać się wam to może nieco śmieszne, jednak nie zapominajmy, że nasza mała bohaterka ma dopiero 4 latka. Męczyła ją ta myśl cały dzień a pora leżakowania była wręcz koszmarem. Kręciła się i przeszkadzała wszystkim wkoło toteż nawet Pani Agata ją upomniała. Ala była przeszczęśliwa gdy zobaczyła mamę stojącą w drzwiach przedszkola. Wiedziała, że jeszcze chwila, jeszcze moment i odda się upragnionemu zajęciu. W domu zjadła obiad, choć wcale nie miała na niego ochoty – ach ci nadopiekuńczy rodzice, oni nigdy nic nie rozumieją! Musiała namalować rysunek na konkurs, jednak nie stanowiło to dla niej problemu. Ala była bardzo uzdolniona. Wyjęła swój piórniczek i rozłożyła wszystkie kredki na stole, starannie sprawdzając czy każda z nich jest odpowiednio zatemperowana. Czerwona była nieco za mocno przycięta, więc należało ją rozpisać na brzegu kartki. Namalowanie prześlicznego łabędzia skubiącego kawałki chleba z sitowia, zajęło jej tyle co mrugnięcie okiem. I trzeba przyznać, że naprawdę się postarała. Może ten dziób mógłby być nieco dłuższy, a i fioletowe pierze niezbyt pasuje do łabędzia, no ale darujmy sobie szczegóły. Ostatnie pociągnięcie kredki było momentem na który czekała cały dzień…
Aż dreszcz przeszedł ją po plecach na samą myśl o tym co nastąpi za chwilę. Drżącymi rękoma wyjęła z szafki swoje nowe trampki z fantazyjnymi zielonymi sznurowadłami. Poprosiła mamę by zawiązała na prawym bucie kokardkę a na lewym postanowiła ćwiczyć. Szło jej to dosyć topornie. Podglądając dzieło mamy co chwila je psuła i musiała prosić czy to rodziców, czy to swojego brata Kubę o nową pętelkę. Ala postawiła przed sobą spore wyzwanie – wiązanie butów nie jest taką prostą sprawą dla malutkich i niewprawionych palców. Dodatkowo chciała być tak samo dobra jak Kuba, który niezwykle zwinnie wywijał słoneczne kokardy. I wreszcie się udało! Gdy tata przyszedł po Alę, by zaprosić ją na kolację ta z dumą pokazała mu nową sprawność. Uśmiechnął się serdecznie i pogładził małą po głowie. Nie musiał nic mówić, Ala wiedziała, że jest z niej dumny. Jednak to nie na jego uznanie liczyła.
W przedszkolu pracowała Pani Agata – uwielbiana przez dzieci starsza pani. Często siadała po turecku na podłodze, opierając plecy o ścianę a dzieci gromadziły się obok niej, tworząc zwarte półkole. Opowiadała wtedy szalone historie ze swojego życia czy też zmyślone bajki które przenosiły każdego malucha do innego świata. Była mistrzynią w wymyślaniu historyjek na zawołanie. Gdy jakieś dziecko było smutne, opiekunka wyciągała z niego przyczynę smutnej buzi poczym opowiadała jakąś historię o dziecku z podobnym problemem. Te historie zawsze miały dobre zakończenie i masą zabawnych wątków. Wierzcie mi – poprawiły by nastrój nawet dorosłemu. Dzięki temu Pani Agata zasłużyła sobie u dzieci na przydomek „Babcia”, który był z lubością wykrzykiwany przez każdego malca wchodzącego rano na salę.
Ali bardzo zależało na pochwale od Babci. Więc następnego dnia, gdy wychodziła z przedszkola z dumą oznajmiła „Dziękuję Babci, ja sama” po czym wykręciła wspaniałą kokardę. Pani Agata jednak zrobiła coś czego Ala nie przewidziała. Zamiast ją przytulić i pochwalić ze śmiechem na ustach, odparła po prostu „Brawo” i odeszła nawet się nie uśmiechając. Nie osądzajcie jej zbyt pochopnie. Wyobraźcie sobie całą szatnię przedszkolaków i jedną opiekunkę która musi każdemu zawiązać buciki i poprawić czapkę. Babcia była po prostu zbyt zajęta by docenić dokonania naszej bohaterki. Ala wyszła bardzo przygnębiona. Na dodatek mama nie mogła jej dziś odebrać więc musiała wracać do domu sama. Wtuliła nos w kołnierz – „jak dobrze, że przynajmniej mam na sobie Kuby kurtkę” – pomyślała. Ala lubiła wykradać rzeczy brata. Choć były na nią za duże, czuła się w nich bezpiecznie. Czuła zapach Kuby i to dodawało jej zawsze otuchy i wiedziała, że nic jej nie grozi.
Wsadziła ręce do kieszeni spodni i zaczęła bawić się w „nie stanę na pękniętej płytce” by jakoś odegnać złe myśli o dzisiejszym niepowodzeniu. Niespodziewanie zauważyła, że między palcami ciągle przelewa jej się jakiś zimny przedmiot. Wyczuła, że ma poszarpane brzegi i coś nadrukowane z obu stron. Wyciągnęła to „coś”. Na maleńkiej dłoni lśniła brązowo-złota moneta. Z jednej strony widniała ładnie ozdobiona cyfra dwa, z drugiej natomiast uśmiechały się do niej łany zboża i jakiś mały kwiatek. „Taaak. Przecież w sobotę byłam u Dziadzia na cieście. Jak mogłam zapomnieć o tym pieniążku. Najwidoczniej mama oszczędziła kieszenie podczas prania. Ale fajnie!” – pomyślała Ala i uśmiechnęła się do siebie. Wstąpiła do najbliższego sklepu i kupiła sobie wielkie ciastko. W zasadzie to nie było ono wielkie, ale w zestawieniu z takim szkrabem wszystko wydaje się monstrualne – i to ciastko właśnie takie było. Z trudem mieściło się jej w dłoni. Do tego miła pani wsypała jej do rączki kilka małych monet – w sam raz do zabawy. Usiadła na krawężniku przed sklepem, nie zważając na dziwne spojrzenia ludzi. Pierwszy kęs ciastka był przeniesieniem do raju. Krucha czekolada strzelała pod zębami i uwalniała ukrytą pod spodem bitą śmietanę. Ala najpierw zjadła całą czekoladę i dokładnie wylizała wafelek z bitej śmietany – która utworzyła wokół jej ust słodki pierścień, który można było sięgać językiem przez całą drogę do domu. Wafelek łamała w rękach i wsadzała do ust małe kawałki – wtedy smakował najlepiej. I nawet wieczorem – gdy już smacznie leżała w łóżeczku a oczy powoli zaklejał słodki sen – wciąż czuła ten wspaniały smak. I mimowolnie sięgała językiem po resztki słodyczy ukryte na jej malutkiej twarzy.