Na chwałę nerwów mojego brata

Trzy poskręcane brzozy
płaczą z zimna
już wszystkie liście wypłakały,
dąb, jak to na boga przystało
walczy
jednak powoli przegrywa
wykrwawia resztki radości.
Tak oto nieubłaganie
odchodzi listopad
z nim resztki zieleni
jedynie słońce
cichy bohater
będzie rozśmiewać
zimową herbatę.

Czarny jeździec na krawędzi.

Z lewej wielki dół. Czarne skały, opuszczone jaskółcze gniazda. W dole nieprzyjemna, sina kraina. Martwy las, martwe zwierzęta. Obłąkańcy. Spiczaste sosny kłujące niebo. Niebo czarne i nieprzyjemne, z gromami i słońcem wyglądającym zza chmur. Upadek tu to pewna śmierć. Jedna z sosen zrobi sobie chwilę przerwy i zamiast nieba rozpłata kołtun jeźdźca.

Z prawej przyjemniej. Zbocze strome, a i wysokość nie mniejsza. Jednak w dole skrzy rzeka, kwiat się jakiś znajdzie. Sarna, zając, storczyk. Przyjemni ludzie, ptaki. Słońce i blade chmury. Ale wiecie co? Tutaj jeździec też zginie. Skręci kark spadając z wysokości czy też się utopi, czy to ważne? Zginie!

Zawrócić nie da rady. Koń nie podoła. Pozostaje droga w przód. Tam wibruje takie przyjemne światełko. Jest tak daleko. Tak przeraźliwie daleko. Droga wąska, wyboista. Zbocza ponadrywane, niebezpieczne. Lecz co mu szkodzi. Zostanie tutaj – śmierć z głodu. Zawaha się choć na moment – sami wiecie. Dojdzie do światełka i napotka…

Dziś o hipokryzji pewnych ludzi.
W Polsce właściwie od zawsze panowała nagonka na ludzi jedzących mięso psów. Było to wyśmiewane (nalewka z kota) i traktowane na setki innych sposobów, zawsze z nutą zakłamania. Jednak akcja Powstrzymaj Zabijanie Psów mnie zwyczajnie zirytowała. Obecnie, czyli w chwili pisania tego postu, pod petycją wyrażającą poparcie dla międzynarodowej nagonki na takie odżywianie się podpisało się 295 553.
Fajnie sobie wypunktowali “podpisz się, a zaakceptujesz to:”. No więc do dzieła!

Torturowanie zwierząt powinno być nielegalne w każdej formie i we wszystkich krajach.
Zgadzam się w zupełności. Zwierzęta mają być wolne i mają żyć zgodnie z naturą. Wielkie fermy i wybiegi wielkości kartki papieru to też torturowanie.

Rząd Korei Południowej musi zapewnić przestrzeganie Praw Ochrony Zwierząt w swoim kraju.
Chwila, chwila. Rząd Korei Południowej nic nie musi. Jest po państwo suwerenne i wara od ich prawa. W porządku?

Psy są kompanami i pomocnikami ludzi, nie trzodą chlewną.
Jasne. Są kompanami. Kiedyś były dzikie i wolne. Teraz potulnie łaszą się do nogi. Już nie zagryzają nas tylko zagryzają naszych wrogów. Stały się niewolnikami. Oczywiste jest, że niewolnik nie zasługuje na zjedzenie. Co nam dała taka świnia? Śpi tylko i je, ciągle je. Je! Jest gruba, tłuściutka. My lubimy tłuściutkie świnki… zabijać.

Psie farmy, hodowla psów z przeznaczeniem do spożycia i zabijanie ich dla mięsa musi zostać zdelegalizowane.
Tylko dlaczego? Istnieją fermy kurze. Wielkie hodowle krów, świń, kóz i innej maści zwierząt z pysznym mięskiem. Hodujemy zwierzęta na futra, do eksperymentów. Jednak hodowle psów na ubój są niemoralne – zdecydowanie.

Sprzedaż psiego mięsa w restauracjach musi zostać zakazana.
Ta. W końcu jesteśmy już jedną, wielką globalną wioską. Możemy rozkazać ludziom z drugiego końca świata, co mają jeść. Bo my wiemy lepiej!

Teraz do rzeczy. W lodówce przytłaczającej większości osób podpisujących tą petycję leżały kiełbaski, paszteciki, wątróbki, szyneczki. Te wygodne konserwy. No i nie zapominajmy o rybce w zamrażalniku. Rybka jest zdrowa, rybkę trzeba jeść.
Hipokryzja aż bije. Śmierć kilku psów przewyższa śmierć niebagatelnie większej ilości innych stworzeń które zjadamy na co dzień? To jest śmieszne. Jak chcecie naprawiać świat to zacznijcie od siebie.
Nie. Nie jestem wegetarianinem.
Dziękuję.

Najważniejsze to mieć dla kogo pisać. Wiedzieć, że to co tworzymy może wywołać uśmiech na twarzy naszej muzy. Pisać i oddać całego siebie, właśnie dla tego jednego uśmieszku.
Z dedykacją dla mej muzy, bez której nic ambitnego by spod mych rąk nie wyszło.
Dziękuję Ci Maleństwo.

„Węzełki, supełki, pętelki, kokardki… Dlaczego nie dajecie mi spokoju”. Ala nie mogła wytrzymać. Wiedziała, że poranne planowanie dnia nie jest dobrym pomysłem ale jednak zrobiła to. Zaplanowała sobie naukę wiązania butów. Wydać się wam to może nieco śmieszne, jednak nie zapominajmy, że nasza mała bohaterka ma dopiero 4 latka. Męczyła ją ta myśl cały dzień a pora leżakowania była wręcz koszmarem. Kręciła się i przeszkadzała wszystkim wkoło toteż nawet Pani Agata ją upomniała. Ala była przeszczęśliwa gdy zobaczyła mamę stojącą w drzwiach przedszkola. Wiedziała, że jeszcze chwila, jeszcze moment i odda się upragnionemu zajęciu. W domu zjadła obiad, choć wcale nie miała na niego ochoty – ach ci nadopiekuńczy rodzice, oni nigdy nic nie rozumieją! Musiała namalować rysunek na konkurs, jednak nie stanowiło to dla niej problemu. Ala była bardzo uzdolniona. Wyjęła swój piórniczek i rozłożyła wszystkie kredki na stole, starannie sprawdzając czy każda z nich jest odpowiednio zatemperowana. Czerwona była nieco za mocno przycięta, więc należało ją rozpisać na brzegu kartki. Namalowanie prześlicznego łabędzia skubiącego kawałki chleba z sitowia, zajęło jej tyle co mrugnięcie okiem. I trzeba przyznać, że naprawdę się postarała. Może ten dziób mógłby być nieco dłuższy, a i fioletowe pierze niezbyt pasuje do łabędzia, no ale darujmy sobie szczegóły. Ostatnie pociągnięcie kredki było momentem na który czekała cały dzień…

Aż dreszcz przeszedł ją po plecach na samą myśl o tym co nastąpi za chwilę. Drżącymi rękoma wyjęła z szafki swoje nowe trampki z fantazyjnymi zielonymi sznurowadłami. Poprosiła mamę by zawiązała na prawym bucie kokardkę a na lewym postanowiła ćwiczyć. Szło jej to dosyć topornie. Podglądając dzieło mamy co chwila je psuła i musiała prosić czy to rodziców, czy to swojego brata Kubę o nową pętelkę. Ala postawiła przed sobą spore wyzwanie – wiązanie butów nie jest taką prostą sprawą dla malutkich i niewprawionych palców. Dodatkowo chciała być tak samo dobra jak Kuba, który niezwykle zwinnie wywijał słoneczne kokardy. I wreszcie się udało! Gdy tata przyszedł po Alę, by zaprosić ją na kolację ta z dumą pokazała mu nową sprawność. Uśmiechnął się serdecznie i pogładził małą po głowie. Nie musiał nic mówić, Ala wiedziała, że jest z niej dumny. Jednak to nie na jego uznanie liczyła.

W przedszkolu pracowała Pani Agata – uwielbiana przez dzieci starsza pani. Często siadała po turecku na podłodze, opierając plecy o ścianę a dzieci gromadziły się obok niej, tworząc zwarte półkole. Opowiadała wtedy szalone historie ze swojego życia czy też zmyślone bajki które przenosiły każdego malucha do innego świata. Była mistrzynią w wymyślaniu historyjek na zawołanie. Gdy jakieś dziecko było smutne, opiekunka wyciągała z niego przyczynę smutnej buzi poczym opowiadała jakąś historię o dziecku z podobnym problemem. Te historie zawsze miały dobre zakończenie i masą zabawnych wątków. Wierzcie mi – poprawiły by nastrój nawet dorosłemu. Dzięki temu Pani Agata zasłużyła sobie u dzieci na przydomek „Babcia”, który był z lubością wykrzykiwany przez każdego malca wchodzącego rano na salę.
Ali bardzo zależało na pochwale od Babci. Więc następnego dnia, gdy wychodziła z przedszkola z dumą oznajmiła „Dziękuję Babci, ja sama” po czym wykręciła wspaniałą kokardę. Pani Agata jednak zrobiła coś czego Ala nie przewidziała. Zamiast ją przytulić i pochwalić ze śmiechem na ustach, odparła po prostu „Brawo” i odeszła nawet się nie uśmiechając. Nie osądzajcie jej zbyt pochopnie. Wyobraźcie sobie całą szatnię przedszkolaków i jedną opiekunkę która musi każdemu zawiązać buciki i poprawić czapkę. Babcia była po prostu zbyt zajęta by docenić dokonania naszej bohaterki. Ala wyszła bardzo przygnębiona. Na dodatek mama nie mogła jej dziś odebrać więc musiała wracać do domu sama. Wtuliła nos w kołnierz – „jak dobrze, że przynajmniej mam na sobie Kuby kurtkę” – pomyślała. Ala lubiła wykradać rzeczy brata. Choć były na nią za duże, czuła się w nich bezpiecznie. Czuła zapach Kuby i to dodawało jej zawsze otuchy i wiedziała, że nic jej nie grozi.

Wsadziła ręce do kieszeni spodni i zaczęła bawić się w „nie stanę na pękniętej płytce” by jakoś odegnać złe myśli o dzisiejszym niepowodzeniu. Niespodziewanie zauważyła, że między palcami ciągle przelewa jej się jakiś zimny przedmiot. Wyczuła, że ma poszarpane brzegi i coś nadrukowane z obu stron. Wyciągnęła to „coś”. Na maleńkiej dłoni lśniła brązowo-złota moneta. Z jednej strony widniała ładnie ozdobiona cyfra dwa, z drugiej natomiast uśmiechały się do niej łany zboża i jakiś mały kwiatek. „Taaak. Przecież w sobotę byłam u Dziadzia na cieście. Jak mogłam zapomnieć o tym pieniążku. Najwidoczniej mama oszczędziła kieszenie podczas prania. Ale fajnie!” – pomyślała Ala i uśmiechnęła się do siebie. Wstąpiła do najbliższego sklepu i kupiła sobie wielkie ciastko. W zasadzie to nie było ono wielkie, ale w zestawieniu z takim szkrabem wszystko wydaje się monstrualne – i to ciastko właśnie takie było. Z trudem mieściło się jej w dłoni. Do tego miła pani wsypała jej do rączki kilka małych monet – w sam raz do zabawy. Usiadła na krawężniku przed sklepem, nie zważając na dziwne spojrzenia ludzi. Pierwszy kęs ciastka był przeniesieniem do raju. Krucha czekolada strzelała pod zębami i uwalniała ukrytą pod spodem bitą śmietanę. Ala najpierw zjadła całą czekoladę i dokładnie wylizała wafelek z bitej śmietany – która utworzyła wokół jej ust słodki pierścień, który można było sięgać językiem przez całą drogę do domu. Wafelek łamała w rękach i wsadzała do ust małe kawałki – wtedy smakował najlepiej. I nawet wieczorem – gdy już smacznie leżała w łóżeczku a oczy powoli zaklejał słodki sen – wciąż czuła ten wspaniały smak. I mimowolnie sięgała językiem po resztki słodyczy ukryte na jej malutkiej twarzy.

- Biegnij! Nuże!

Smaf był przerażony zaistniałą sytuacją. Z opowieści towarzyszy wynikało, że dzisiejsza przygoda będzie czymś co mógłby z miłą twarzą wspominać przy szklaneczce rumu. Teraz jednak sprawy przybrały zupełnie inny obieg, niż miało to miejsce w jego snach. Przede wszystkim przeciwnik okazał się czymś zupełnie gorszym. Nomelif był potworem, nie potulnym barankiem któremu z uśmiechem na ustach można rozpłatać gardło – jak elf zwykł go sobie wyobrażać. Potężne, kilkunastotonowe cielsko przewalało się teraz w swojej krainie – Wielkiej Rozpadlinie. Był tu panem i władcą więc podjecie z nim walki akurat tutaj, stało na równi z atakowaniem krokodyla pod wodą. Wielkie jaskinie i rozległe góry tworzyły wyśmienite schronienie dla stworzenia o tak imponujących walorach.

-Biegnę karle, biegnę! Zamiast drzeć na mnie swoją niewyparzoną gębę lepiej mi pomóż! – Wykrztusił ostatkiem sił Dort. Jego olbrzymie susy – jak przystało na olbrzyma – pozwalały mu jedynie zachować dystans między nim a Nomelifem. Wiedział, że długo tak nie da rady. Przypadkowe potknięcie czy po prostu wyrzucie z sił i jego ścierwo skończy jako miażdżona pożywka dla sępów. Zebrał więc w sobie całą siłę i wskoczył na głaz obok trasy po której poruszał się potwór. Szybko jednak spostrzegł swój błąd. Za sobą i po prawicy miał przepaść. Po lewej stronie groźnie piętrzyły się skały. Jedyną drogą ucieczki była ścieżka obrana przez bestię. Zastygł więc bez ruchu gdy zdał sobie sprawę z beznadziejności swojego położenia. Wiedział, że nie ma najmniejszych szans w bezpośrednim starciu. Tymczasem wyrosła przed nim zielona góra mięsa. Skóra przeciwnika Dorta pokryta była śluzem, pod którym zbierał się cuchnący gaz. Tworzyły się więc na nim bąble które co chwilę wybuchały siejąc dookoła smród i lepiącą się maź. Jeden z takich pęcherzy pękł właśnie gdy wściekły potwór naprężył swe muskuły by zadać jeden, lecz zdawało się ostateczny cios. Na olbrzyma spłynęła fala odoru więc odruchowo odchylił się, co uratowało mu życie. Ogon Nomelifa spadł tuż przed nim, krusząc nieco skałę która miała stać się platformą śmierci dla Dorta. Dobył on miecz, gdyż nie chciał zginąć bez walki gdy potwór zakwilił żałośnie i rzucił się w szaleńczy bieg w kierunku z którego przed chwilą przybył.

-Witaj przyjacielu – krzyknął Ailamos opuszczając łuk –chyba nie sądziłeś, że zginiesz dziś sam? Jak mógłbyś odebrać i nam przyjemność śmierci w tak słoneczny dzień?

Oboje zaśmiali się siarczyście z ubóstwianego prze obojga czarnego żartu i przywołali swe konie. Wskoczyli na nie i pognali w pogoń za uciekinierem.

-Gdzie reszta hołoty?

- Tak śpieszno Ci było do ucieczki, że żaden z nas za tobą nie nadążył. Nie wymagaj też od krótkich nóg karłów by pędziły tak szybko jak człowiek – oboje zostali w tyle.

-Wiatr niesie skazańców. Bierz elfa. Mnie przyda się krasnolud.

-Jakiś plan?

-Szmaciarz chce zniknąć w zatoce. Nie możemy mu na to pozwolić. Gdy wniknie w głębinę, nici z naszego polowania. Przy siodle masz linę. Każesz Smafowi poprowadzić konia a sam zarzucisz pętlę na bestię. Drugi koniec sznura wezmę ja i przymocuję ją do czegoś solidnego. To może zatrzymać tego tchórza.

Smaf z niebywałą gracją wskoczył na siodło Ailamosa. Brodzie nie poszło to już tak dobrze. Olbrzymie łapska Dorta musiały wciągać go za szmaty, by nie zwalniając biegu konia pozyskać towarzysza do boju. Koń gnany przez człowieka szybko przegonił dociążonego teraz do swych granic towarzysza niedoli.

-Weź lejce i gnaj konia jak szybko tylko potrafisz, musisz się sprawdzić mój mały! – Mimo grozy sytuacji głos człowieka był ciepły. Alilamos nie stracił ułożenia nawet w tak beznadziejnych chwilach.

-Nie bój się, elfy to najznakomitsi dżokeje. Zrobię co tylko w mojej mocy by ci to dziś udowodnić.

Łucznik zawiązał solidną pętlę, a drugi koniec liny puścił luźno po ziemi. Dopadli do niego Dort z Brodą. Znalezienie odpowiedniego punktu zaczepienie w Wielkiej Rozpadlinie nie było łatwym zadaniem. Wszystko w koło pokrywał piasek, a jedynym umeblowaniem były głazy i nikłe krzewy. Sprzymierzeńcy uwiązali linę do wielkiego skalnego ostańca. Tymczasem Smaf sprawnie prowadził konia. Zbliżyli się już na tyle do Nomelifa, że Ailamos bez problemu zarzucił mu pętlę na szyję. Odpiął resztę wolnych zwoi liny od siodła i kazał skierować konia jak najdalej od bestii. Lina szybko skończyła się i pod naporem ciężaru zagrała jak struna elfowej harfy. Wydała z siebie kilka nut po czym zakończyła koncert. Nie za sprawą znużenia czy braku sił. Po prostu zwierzęciu udało się udźwignąć skałę i pociągnąć ją za sobą. Przebył jeszcze kilka metrów z balastem i runął na bok. Broda już szykował topór by wbić go w łeb ofiary, kiedy ta podniosła się i znowu rozpoczęła szarżę na swych oprawców. Jakby na złość ponownie obrała sobie za cel Dorta. Ten jednak wiedział, że teraz to on rozdaje karty. Stanął wprost na drodze Nomelifa i dobył miecz. Gdy jego ofiara była dostatecznie blisko, cisnął go ile tylko sił w dłoniach. Błyszczące ostrze utkwiło wprost między paskudnymi ślepiami bestii. Zatoczyła ona jeszcze kilka kroków i runęła na ziemię. Miecz zaklinował się pomiędzy skały przez co głownia wsunęła się w mózg poczwary po samą rękojeść i trzasnął okrutnie. Rozwścieczony broda wbił swój topór w szyję ścierwa. Trysnęła na niego czarna krew lecz nie przejął się tym zbytnio. Każdy z jego towarzyszy zbroczony był krwią, czy to swoją czy to trupa nad którym się teraz zebrali.

-Przecież on nic nam nie zrobił – uronił łezkę Smaf…

X: Drukarnię opuściłam czterdzieści lat temu. Wiele się wydarzyło w mym życiu przez ten czas. Pół świata zobaczyły me spracowane stronnice. Niejednym powietrzem już oddychałam i niejedne oczy cieszyłam moimi literami. Pamiętam na przykład mojego pierwszego właściciela. Strasznie nierozgarnięty facet. Czytywał w pociągach, w przerwie śniadaniowej, nawet spacerując. Średnio przypadł mi do gustu. Na szczęście tylko tłuste ślady paluchów pozostawił, nic ponadto. Bo już drugi (który szczęśliwie podkradł mnie flejtuchowi) był zupełnie inny. Czytywał zawsze wieczorami i robił notatki przy co ciekawszych wersetach. Oj, jak przyjemnie łaskotał jego miękki ołówek po mych – młodych jeszcze stronach. Wniósł do mnie sporo. To był naprawdę mądry gość. Chyba każdy następny czytelnik rozczytywał się w jego zapiskach i niekiedy dumał nad nimi dłużej niż nad drukiem. Potem była taka cudna dziewczyna. Muza, jutrzenka, bogini wręcz. Miała zwyczaj czytania podczas siedzenia po turecku – niczym przedszkolak choć spokojnie z szesnaście wiosen już przeżyła, jednak pasowało to do niej. Spójrzcie na stronę 148. To mój stały przyjaciel. Czytała wtedy na pomoście nad jakimś jeziorem, ma pamięć zawodzi i nie pamiętam jego nazwy. Ten mały pajączek wszedł nieopatrznie między strony i pozostał tam na zawsze. I choć spłaszczone ciałko zdaje się nic nie mówić, gawędzimy sobie czasami. Ale tylko podczas dłuższych postoi na półce. Żałowałam, że tamta Mała mnie oddała. Cóż taki już mój los. Następnie był długi ciąg beznamiętnych ludzi (na wzór pierwszego czytelnika). Nie ma co się o nich rozpisywać. Brudne łapy i łapczywe połykanie słów. Brrry. Warto jeszcze wspomnieć o pewnej parze. Najpierw on czytał rozdział i komentował go na pustej karcie poprzedzającej nowy. Potem ona robiła to samo. Prowadzili coś na wzór dialogu. Na frontowej okładce ona napisała swoją recenzję, na tylnej on. Ach, dziwactwa zakochanych. Teraz stoję na półce u zacnego doktora. Przeczytał mnie ze smakiem w swojej pracowni. Jeśli znajdziesz jakiś siwy, sztywny włos w moich zmarszczkach to wiedz, że pochodzi z jego brody…

Y: Drukarnię opuściłam miesiąc temu….

Matematyka. Zakres podstawowy. III klasa szkoły podstawowej. Masz 7 minut na rozwiązanie zadania. Powodzenia!

1. Wojenka (3pkt)

6 sierpnia 1945 roku amerykański bombowiec zrzucił na Hiroszimę 15 kilotonową uranową bombę atomową. Rozerwała na strzępy, spaliła, spopieliła ok. 78 100 mieszkańców i ciężko raniła37 424 niewinnych kobiet, dzieci, starców, mężczyzn. Wiedząc, że wybuch jądrowy o sile jednej kilotony równa się sile wybuchu jednego tysiąca ton trotylu, podaj:

a) Ile kilogramów trotylu potrzeba by zabić podobną liczbę osób?

b) Ile składów kolejowych potrzeba na przewiezienia potrzebnej ilości trotylu (jeden 25 wagonowy skład może zabrać ok. 500 ton ładunku)

c) Podaj logiczne argumenty opowiadające za wyższością ładunków atomowych nad konwencjonalnymi.

X: Proszę wyznać uczucia wybrance swojego serca.

Przedstawiciel klasycyzmu:
-To zadanie zawiera dwa błędy. Po pierwsze gdy wydajemy polecenie, należy użyć prostych słów. Do takich zdecydowanie nie należy niedefiniowalne racjonalnie słowo „uczucie”. Po drugie, dlaczego wybrance „serca” a nie trzustki czy płuca? Dajcie spokój, przecież serce to tylko pompka do krwi. Cóż za okropne przekonanie, że to serce wybiera nam partnera? W zasadzie to bardziej żałosne niż okropne… Tak więc ciężko jest mi odpowiedzieć na tak – łagodnie rzecz ujmując – niestarannie skonstruowane pytanie. Postaram się jednak ująć sprawę inaczej i opowiedzieć po prostu o podstępku natury jakim jest coś zwane niegdyś miłością. Otóż zostaliśmy tak stworzeni, że do przetrwania gatunku niezbędna jest kopulacja. Stąd też feromony które „przyciągają” dwojga ludzi do siebie. Jednakże sama kopulacja nie wystarcza. Potrzebne jest jeszcze zapewnienie bezpieczeństwa potomstwu i wychowanie go w odpowiedni sposób – dzięki temu nasz świat ciągle prze do przodu. Stąd też podstępna substancja która w działaniach przypomina amfetaminę – fenyloetyloamina. Odurza nas i niejako zmusza do zawarcia związku – co również może być przyczyną kopulacji (jednakże konieczność zawarcia związku w celach prokreacji istnieje obecnie jedynie w wyżej rozwiniętych warstwach społecznych). Tak więc co ja mogę powiedzieć swojej żonie. Poziom fenyloetyloaminy w mym organizmie wzrósł? Może infantylne i średniowieczne: „kocham cię”? Przestańcie. Szkoda na to czasu, niczemu to nie służy. Kto ma dziś czas i chęci na takie bzdury?

X: Proszę wyznać uczucia wybrance swojego serca.

Przedstawiciel romantyzmu:

-Kocham Cię Skarbie.

= Jan Kaczmarek - Babie lato

Dojrzewa domorosłe wino,
Już je pokątnie spija tato
I tylko patrzeć lada chwila,
Babie lato, babie lato.

Już resztki ciepła senne lepkie
Ochryple gdzieś chałturzą świerszcze,
Jabłka są kwaśne gruszki cierpkie,
To już jesień, to już jesień.

Za chwilą senna chwila cieknie
To już wrzesień, to już wrzesień.

A było lato przecież jeszcze
Opalenizna ci nie zeszła,
Tak artystycznie grały świerszcze,
Że las od tego drgał na przestrzał.

Dni rozpalone noce parne
Ćmy zlatujące się do światła,
Jagody tak jak oczy czarne
Gdzieś na bezludnym końcu świata.

Stare piosenki, nasze chwyty,
Stąd na ciele kompielów,
Muchy, komary, parazyty,
Węże, pijawy, jeże, mrówy.

Letni zwierzostan zwinął skrzydła
Śpią gady ssaki i robaki
Babiego lata nić przebrzydła
I te przebiegłe pajęczaki.

Ubrali ludzie ciepłe dresy,
I jeszcze pulowery na to,
Bo tylko patrzeć lada chwila,
Babie lato, babie lato.

Wnet rozpajęczy się aż miło,
Wątłe wrześniowe Babie lato.

Piosenka na chomiku

Samotnie spacerujesz wkoło
samotnie drżysz jak liść
wilgotny wiatr tuli czoło
w klatce dni
Samotnie zakładasz buty
samotnie dopinasz płaszcz
sam na sam ze swoją mową
sam na sam ze swoim ja
sam na sam z pochyloną głową
szukasz kogoś w klatce dni
Samotnie wbijasz wzrok w ścianę
i kukły ze swoich snów
sadowisz dookoła siebie
i czekasz z nimi na świt
każdej nocy brzmi nadzieja
każdej nocy trwoga drży
niosąc swe samotne lęki poza klatkę dni

Następna strona »